Russian Circles: pójście za instynktem

russian circles

Grali koncerty z Tool, Coheed And Cambria, Isis, a na ostatniej płycie wspomogła ich wokalnie anielska diablica z Kalifornii, Chelsea Wolfe. Ale Russian Circles wokalu używają rzadko. Do opowiadania historii wystarczają im wyłącznie dźwięki.

Powstała w Chicago formacja, gra już 11 lat. Z każdą studyjną płytą, a Russian Circles ma ich na koncie pięć, muzyka grupy jest coraz ciekawsza, coraz bardziej wciąga, opowiada coraz ciekawsze historie, maluje nam w wyobraźni fascynujące obrazy. Post rock i post metal przeplata się u nich z frapującymi dodatkowymi barwami, których dostarczają klawisze, smyczki, akordeon albo wokale. Do jednej z kompozycji, konkretnie „Praise Be Man” z fantastycznego albumu „Empros”, głosu użyczył basista zespołu Brian Cook. Postać niezwykle ciekawa, człowiek mający wiele interesujących rzeczy do powiedzenia i niemałą wiedzę o świecie. Fani hard core’a, metalcore’a i mathcore’a na pewno znajdą go doskonale z nieistniejącej już kapeli Botch, w USA posiadającej status kultowy. Poza sceną Brian to ceniony dziennikarz muzyczny, który w 2014 roku wydał swoją pierwszą powieść. Od lat otwarcie przyznający się do swego homoseksualizmu, żyjący ze swym wieloletnim partnerem w Nowym Jorku. Jako bardzo aktywny muzyk, fatalnie znoszący nudę, świat przemierzył już parokrotnie. I kilka razy zawitał także do Polski, z której zachował miłe wspomnienia. Na początku maja Brian Cook wraz z kolegami z Russian Circles zjawi się u nas po raz kolejny i wystąpi na Asymmetry Festivalu. Literatura, dziennikarstwo i muzyka zdominowały rozmowę z przesympatycznym Amerykaninem. Było też trochę o kwestii tolerancji jego rodaków względem małżeństw tej samej płci. Zapraszamy do lektury!

Muzyk i dziennikarz muzyczny w jednej osobie. Nieczęsto zdarza mi się rozmawiać z ludźmi łączącymi obydwie profesje. Co było u ciebie najpierw, miłość do słów, książek, czy do muzyki?

BRIAN COOK: Wow! To nie jest łatwe pytanie… Aczkolwiek cała moja rodzina to namiętni pożeracze książek. Mama pracowała w bibliotece, więc w domu nigdy ich nie brakowało. W pewnym momencie zacząłem dzielić fascynację czytaniem z rodziną. Zakochałem się przede wszystkim w horrorach. Sprzedawałem potem różne pokręcone opowieści kolegom. Rodzice nie byli zachwyceni moim wyborem, uważali mnie za dziwaka. Rządzili Cliver Barker i Stephen King. Tak więc od horrorów się zaczęło. Oczywiście po jakimś czasie mi się przejadły i wtedy zacząłem szukać czegoś innego fajnego do czytania.

Które książki Kinga zrobiły na tobie najmocniejsze wrażenie?

Jako pierwszą wymieniłbym „The Stand” (polski tytuł „Bastion” – red.). Dziś King to mainstreamowy autor, znany chyba przez wszystkich. Ale według mnie o wiele więcej ciekawego działo się w jego wczesnych powieściach. Wtedy można było znaleźć w nich coś niespodziewanego, a nie tylko te typowe składniki horroru, z wyszukaną makabrą na czele. Wczesne utwory Kinga zawierały całkiem sporo ciekawych komentarzy społecznych. We wspomnianej przeze mnie powieści „The Stand” jest wiele interesujących postaci, nie wiem, czy nie więcej niż w większości tak zwanych zwykłych książek. Moim zdaniem, to właśnie takie powieści Kinga sprawiły, że zacząłem poszukiwać czegoś więcej, poważniejszej literatury. Przestała mnie pasjonować wyłącznie czysta rozrywka.

Nie masz wrażenia, że w minionych latach książek Kinga jest za dużo? Niemal każdego roku ukazuje się nowa. Ciężko za nim nadążyć. Ta częstotliwość na pewno powoduje jakiś uszczerbek na jakości.

Oj tak, na pewno powoduje (śmiech). Nie mam co do tego wątpliwości. Moja dłuższa przygoda z nim skończyła się tak naprawdę, gdy ukończyłem szkołę średnią. Ale śledziłem, co się z nim dzieje. Średnio co dwa lata ukazywała się nowa książka Kinga. Sporo patentów w nich było wziętych z wcześniejszych powieści. Aczkolwiek przeczytałem jego książkę „11/22/63″ z 2011 roku (polski tytuł „Dallas ’63” – red.) i naprawdę mi się podobała. Była to chyba pierwsza książka Kinga od wczesnych lat 90., po którą sięgnąłem. Zamierzam trochę nadrobić i zabrać się za „The Dark Tower” („Mroczna Wieża” red.). Byłoby chyba lepiej, gdyby King pisał nieco mniej. Ale najwyraźniej często ma coś do powiedzenia, więc wydaje książki co rok, dwa. Niezmiennie uważam go za niezwykle ciekawą osobowość, nawet jeśli jego dzieła nie robią już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś.

Jakie jest twoje zdanie na temat obecnego poziomu dziennikarstwa w Ameryce? Dziennikarstwa w ogóle, nie tylko dziennikarstwa muzycznego.

Wydaje mi się, że klimat wokół dziennikarstwa dość szybko się zmienia. Przede wszystkim dlatego, że coraz więcej osób ma dostęp do informacji. Jest większa podaż źródeł. Z jednej strony, coś takiego jest bardzo ekscytujące. Internet daje ludziom możliwość dzielenia się informacjami z całym światem, ale także wykreował nowy typ dziennikarstwa. Każdy może być zaangażowany, każdy może dzielić się z innymi tym, co wie. Rzadko jednak w tym zalewie, jakiego doświadczamy, przestrzegane są podstawowe standardy dziennikarstwa. W ogóle pamięć o nich jakby zanikała. To szkodliwe zjawisko. Ciężko jest dziś pozostać bezstronnym, bo niemal każda informacja podawana jest niczym wielka sensacja. Doświadczamy dominacji nowego modelu yellow journalism (nastawiania się na sensację i ubierania jej w pozory poważnego dziennikarstwa – red.) i z nim muszą dziś rywalizować naprawdę rzetelne media, podające informacje sprawdzone i wysokiej jakości. Ciężko mi się z czymś takim pogodzić. Źródeł jest tyle, że czasami ciężko jest dociec, skąd dana informacja pochodzi. Do tego zazwyczaj jest spreparowana tak, że wymusza na odbiorcy pewien określony sposób myślenia i interpretowania.

Czy miewasz problemy z filtrowaniem informacji? Oddzielaniem tych wartościowych i tych bezużytecznych?

Jak powiedziałem, ilość źródeł jest ogromna. Moje podejście, chcę tak myśleć, jest nieco inne, gdyż staram się poznać różne punkty widzenia. Ale większość ludzi, których znam, bierze informacje z konkretnych źródeł i guzik ich obchodzi, co na dany temat do powiedzenia mają inni (śmiech). Ufają tym jednym i koniec. Nie pogadasz z takimi gośćmi. Z drugiej strony, po części to rozumiem, bo nie każdy musi umieć i chcieć docierać do kogoś, kto ma inny pogląd. Jeżeli musisz wybrać spośród milionów, to czasami po prostu nie wybierasz nikogo albo wybierasz jedno źródło i jego się go trzymasz.

Nagrałeś w dotychczasowej karierze wiele płyt z różnymi wykonawcami, w różnych gatunkach, w ramach dość szeroko pojętej alternatywy, co świadczy o tym, że masz otwarty umysł, jeśli chodzi o muzykę. Podobnie masz z literaturą?

Wydaje mi się, że można tak powiedzieć. Mając pewien określony gust i większą chęć czytania książek z określonego gatunku, jednocześnie nie zamykam się przed czymś nowym. Szukam od czasu do czasu czegoś nowego. Gdy już znajdę, staram się temu dokładnie przyjrzeć, uważnie zbadać, a po pewnym czasie ta niedawno odkryta literatura nudzi mi się, więc próbuję znaleźć dla siebie coś innego, coś, co będzie dla mnie inspirujące.

Ze mną jest tak, że nie mogę, albo lepiej, nie powinienem, siedzieć zbyt długo nad jedną rzeczą, bo znudzi mi się maksymalnie i odrzucę ją w kąt na wiele lat. Z muzyką mam tak samo. Zarówno w jednej sferze, jak i w drugiej, są rzeczy, których poszukuję, które mnie fascynują, a mają one zazwyczaj charakter abstrakcyjny, niekoniecznie wiążący się z rzeczywistością. Szukam zawsze nowego podejścia. W muzyce i w literaturze. Muzycy i pisarze, których cenię, zawsze byli jedną nogą w tradycji, a drugą starali się stawiać na nowym terytorium, przesuwać granice. Tak robili kiedyś choćby Kerouac i Ginsberg. To, co tworzyli było nowe, ekscytujące. Podobnie działało na mnie to, co nagrali przed laty Black Flag czy Minor Threat. Dzięki nim narodziła się moja miłość do hard core’a. Gatunku, który na początku lat 80. wniósł naprawdę coś świeżego i nowego do muzyki. To podejście odnowiono dekadę później i wtedy też gatunek ten powrócił do łask oraz zaczął cieszyć się dużym powodzeniem. Aczkolwiek ci wykonawcy tylko kopiowali, powielali podejście. To nie było już nowe. Była energia, melodie, ale to nie było to. Wtedy zacząłem szukać dla siebie czegoś innego. Surowszego, czegoś, co dałoby mi odczucie swego rodzaju katharsis. Znalazłem to choćby w muzyce noise, różnych odmianach metalu…

Jesteś muzykiem Russian Circles od prawie siedmiu lat, więc na pewno już dawno zintegrowałeś się z zespołem. Poza kilkoma piosenkami, wypowiadacie się przede wszystkim przez utwory instrumentalne. A skoro tak, to zakładam, że zanim zabierzecie się do pracy wymyślacie jakiś temat, ideę, miejsce, cokolwiek, co będą ilustrować kompozycje. Czy to u was proces demokratyczny, czy też masz decydujące zdanie jako ten, który najlepiej radzi sobie ze słowami i historiami, dziennikarz i pisarz?

Tak naprawdę, płyta w pewnym sensie powstaje sama, w określonym czasie, miejscu i okolicznościach. Nie ma u nas długiego wstępnego zastanawiania się, cóż to takiego teraz powinniśmy zrobić. Deliberowanie nad konceptem, to nie dla nas. Po prostu, staramy się znaleźć jakiś punkt odniesienia. Coś, co robi wrażenie na naszej trójce. Jeśli miałbym porównać nasz proces tworzenia do malowania obrazu powiedziałbym, że u nas przypomina to odwzorowanie czegoś, co już kiedyś było. I zrobienie tego w abstrakcyjnym sensie. Abstrakcyjny ekspresjonizm przychodzi mi teraz na myśl. Malowanie czegoś dźwiękami, a potem patrzenie, w którą stronę nas to prowadzi. Pójście za instynktem jest u nas podejściem dominującym. Rzucamy pomysłami, cofamy się parę kroków i patrzymy, co też takiego mamy ciekawego. Zwykle jest coś, co powoduje, że wchodzimy na ten poziom emocji, na którym rozwijamy pomysł w większą całość. Oczywiście, potrzebna jest tutaj dyplomacja. W końcu nasza muzyka ma podobać się całej naszej trójce, nie tylko mnie. Ale komponowanie dzieje się u nas dość szybko, bo wszyscy mamy podobną wizję tego, w którą stronę powinna iść nasza muzyka i co chcemy dzięki niej osiągnąć.

Powyższe pytanie było wstępem do kolejnego. W 2014 ukazała się twoja pierwsza powieść „The Second Chair Is Meant For You”. Czy napisanie książki było twoim marzeniem? Biorąc pod uwagę, że jesteś dość zajęty jako muzyk, a także otwarcie przyznajesz się, że źle znosisz nudę, jak wiele czasu zajęło ci napisanie powieści?

Kiedy nie koncertuje i nie nagrywam, dość sporo piszę w domu. Mam trochę pracy dziennikarskiej. Ma ona swoje dobre strony, ma też i te gorsze, bo jednak pisanie o muzyce powoduje, że siłą rzeczy ograniczasz się do pewnego zbioru słów. Poza tym, masz informację konkretnego typu, dla określonego typu odbiorcy, a to też narzuca ci sposób pisania, formę oraz objętość. Wydaje mi się, że w pewnym momencie poczułem, iż nastał czas, abym zrobił ze słowami coś innego od tego, co robię zazwyczaj. Musiałem zwyczajnie zerwać z rutyną. Dlatego zdecydowałem się na spróbowanie literatury. Powieść zajęła mi rzecz jasna ładnych parę lat. Początkowo myślałem o podzieleniu jej na odcinki, dotyczące różnych kwestii i publikowanie ich. Ale w końcu stanęło, że jednak będzie to powieść. Wcale nie było tak, że miałem określony temat i postacie. Wyglądało to mniej więcej tak, że coś przyszło mi do głowy i zdecydowałem się o tym napisać. Wpadł mi do głowy jakiś wątek, uznawałem, że jest dobry, po czym wkomponowywałem go w całość.

Pisanie powieści to przede wszystkim praca indywidualna. Jako muzyk zespołu musisz współpracować z ludźmi. Czujesz się dobrze w obydwóch sytuacjach? Nie myślałeś może o nagraniu solowej płyty?

To na pewno byłoby dla mnie interesujące wyzwanie. Pisanie faktycznie jest kwestią bardzo mocno indywidualną i do tego przychodzącą mi dość łatwo. Tutaj nie muszę bawić się w dyplomację (śmiech). Może z muzyką też mogłoby być podobnie, ale jestem zdania, że w tej dziedzinie czasami warto jest zasięgnąć opinii kogoś z zewnątrz. Warto poprzerzucać się pomysłami, bo to tylko może wyjść na dobre. Solowa płyta na pewno sprawiłaby, że czułbym większą ekscytację niż podczas pracy z zespołem. Jednakże, sam musiałbym podjąć decyzję, co jest dobre, a co niekoniecznie. A póki co preferuję otoczenie paru zwariowanych osób, w którym rodzą się ciekawe pomysły muzyczne. Z drugiej jednak strony, pracując solo nie musiałbym się zmagać z kilkoma przerośniętymi ego (śmiech). Nagranie płyty solowej na pewno byłoby ciekawe, ale na razie do tego nie dojdzie. Mam zbyt wiele planów współpracy z innymi muzykami.

Słuchałem wczoraj płyty „Empros”. W sieci znalazłem kapitalny komentarz na jej temat: „Gdyby Tolkien pozwolił orkom wygrać, byłaby to idealna muzyka na imprezę dla uczczenia sukcesu”. Zgadzam się z tym userem w tym sensie, że wasza muzyka doskonale pasowałaby do zilustrowania filmu. Jak to się stało, że jeszcze w żadnym jej nie słyszałem? Chyba, że coś przeoczyłem…

Nie wiem, dlaczego to jeszcze nie nastąpiło. Ale powiem ci taką historię, że kiedyś ustawiliśmy się wszyscy w studiu, zagraliśmy i zarejestrowały to kamery. Myśleliśmy o zamieszczeniu tego online w formie klipu live. Do tego studia wpadł Page Hamilton z Helmet, który, jak się okazało, jest przyjacielem inżyniera dźwięku, z którym pracowaliśmy. Co więcej, powiedział, że jest naszym fanem, co było wspaniałe, bo każdy z nas dorastając zachwycał się płytą „Meantime”. Okazało się, że słucha nas między innymi dlatego, iż sam pracuje przy wielu soundtrackach, a jego zdaniem nasza muzyka świetnie pasuje do filmów. Pytał, czy na przykład możemy nagrać numer w takim i takim stylu, który w czymś tam mógłby wykorzystać. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego nie mógł po prostu wziąć konkretnego naszego kawałka i dopasować go do obrazu. Może dlatego, że ludzie, którzy odpowiadają za film, muszą mieć coś bardzo konkretnego? Wydaje mi się, że dalej wiele z tego nie wyjdzie i może właśnie to podejście filmowców jest tutaj choćby częściowym wyjaśnieniem.

Zespół pochodzi z Chicago, ale ty i twój mąż/partner mieszkacie w Nowym Jorku. Dlaczego? Czy to ma coś wspólnego z liberalnym charakterem tego miasta? A może bardziej z jego wielokulturowością, otwartością na różne rodzaje sztuki?

Faktem jest, że Russian Circles powstali w Chicago, ale wtedy na basie grał jeszcze Colin DeKuiper. Podczas pracy nad płytą „Station” współpraca z Colinem zakończyła się. Korzystali przez jakiś czas z sesyjnych muzyków, a potem w ostatniej chwili pojawiłem się ja i dograłem partie basu. Nagrania albumu odbyły się w Seattle, z Mattem Baylesem, z którym pracowałem jeszcze jako muzyk Botch. Z muzykami Russian Circles byłem zaprzyjaźniony już wcześniej, bo mieliśmy wspólnych znajomych. Krótko po sesji w Seattle zostałem stałym członkiem zespołu. Bazą było Chicago, ale plan był taki, aby przenieść ją do Seattle. Zanim to się jednak stało, mój partner dostał świetną pracę w Nowym Jorku, więc zdecydowałem się przenieść tam razem z nim. Zamieszkaliśmy na Brooklynie. Lecz wciąż mam planach osiedlenie się w Seattle i kiedyś to nastąpi. Wszyscy będziemy w jednym mieście. Miejmy nadzieję, że stanie się to już w 2016 roku.

Nie przepadasz za życiem w Nowym Jorku?

Nowy Jork to naprawdę wspaniałe miejsce. Jako miasto oraz z punktu widzenia funkcjonalnego, wygody. Są w nim naprawdę cudowne miejsca. Zawsze jest coś ciekawego, jest też mnóstwo nowej muzyki i miejsc do jej grania na żywo. Jednakże bardziej interesuje mnie bycie nieco bliżej natury. Mieszkając w Seattle mam blisko do gór, nad jezioro, niedaleko nad ocean i na plażę. Nowy Jork jest wspaniały, ale też za bardzo klaustrofobiczny. Spędzam tu miłe chwile, ale też ekscytuję się tym, że kiedyś przeniosę się na północny zachód Ameryki.

Byłeś już w Polsce z Russian Circles. Zachowałeś cokolwiek w pamięci z tych wizyt?

O tak! Nasza pierwsza wizyta była naprawdę miłym doświadczeniem. Pamiętam, że przyjechaliśmy do was wtedy z Niemiec, a po Polsce mieliśmy dotrzeć do krajów bałtyckich. Dzięki temu mieliśmy okazję podróżować przez małe, powszechnie nieznane na Zachodzie miasta, zobaczyć jak wygląda w nich codzienne życie. Pamiętam na pewno, że zagraliśmy koncert w Poznaniu i bodajże w Gdańsku. Ale ta podróż była najciekawszą lekcją. Zazwyczaj zespoły pewnie przyjeżdżają do Warszawy albo Krakowa, podróżując autostradami, więc wiele nie zobaczą. Dodatkowo doświadczyliśmy w Polsce bardzo ciepłego przyjęcia i usłyszeliśmy mnóstwo słów wsparcia. Potem przyjechaliśmy w 2012 roku, graliśmy w Warszawie. To był chyba jakiś squot. Mniejsza o to. Koncert wspominam bardzo miło, a ludzie byli fantastyczni. Byliśmy wtedy na początku trasy, a Mike (Sullivan, gitarzysta – red.) doznał kontuzji, złamał kciuk. Ale daliśmy radę.

Otwarcie mówisz o swoim homoseksualizmie, swojego partnera nierzadko określasz mężem. Ciekawi mnie, czy małżeństwa tej samej płci to już powszechnie akceptowane zjawisko w Ameryce? Możesz pojechać do dowolnej części kraju i czuć się bezpiecznie? W Polsce, na przykład, kwestia związków partnerskich wciąż wywołuje gorące emocje.

Wydaje mi się, że to jednak zależy od tego, gdzie jesteś. Prawda jest taka, że będąc na trasie koncertowej, zwykle odwiedzamy wielkie lub duże miasta, a w nich nie doświadczyłem nigdy żadnych problemów. Aczkolwiek, na Południu Stanów da się wyczuć, że ich akceptacja dla związków homoseksualnych jest nieco mniejsza. Ale miasta jak Atlanta, Nowy Orlean czy Birmingham są bardzo otwarte. W tych mniejszych wyczuwalne jest większe napięcie w tych kwestiach. Mam wrażenie, że ten wzór podejścia do małżeństw osób tej samej płci, da się przenieść na grunt międzynarodowy. Byliśmy w Rosji w 2013 roku, kiedy była tam dość mocna kampania antygejowska. To było dziwne i niepokojące. Patrząc jednak na to z nieco innej strony, byliśmy w Moskwie, wielkim mieście, mocno zróżnicowanym. I ani przez chwilę nie czułem się tam zagrożony czy prześladowany. Ale zapewne ma to też związek z tym, że gramy muzykę dość mocno związaną z rockiem progresywnym, a publiczność, która przychodzi na nasze koncerty ma raczej otwarte umysły i jest nowoczesna pod względem światopoglądowym. Tak naprawdę, to nigdzie nie doświadczyłem wrogości. Lecz wiem, że są w Ameryce takie miejsca, gdzie ludzie mają mocno konserwatywne poglądy. Raczej nie próbują zrozumieć innego nastawienia, tylko zdecydowanie bronią swojego punktu widzenia. Tam homoseksualiści mogą poczuć się niechciani i nielubiani, ale odnoszę wrażenie, że takie zachowania zdarzają się w Ameryce coraz rzadziej.

Album „Memorial” ukazał się w 2013 roku. Wiem, że z nudą radzisz sobie słabo, więc powiedz mi, czy zaczęliście już dyskutować nad szóstą płytą?

 O tak! Właśnie zaczęliśmy pierwsze przymiarki. Zastanawiamy się wstępnie, co byśmy chcieli nagrać, gdzie, z kim. Mamy nadzieję, że uda się wejść do studia jesienią tego roku, a nową płytę wydać na początku 2016. Będziemy mieć trochę wolnego czasu, mniej więcej sześć miesięcy, więc liczę na to, że wtedy uda nam się napisać nowe kompozycje oraz je nagrać.

Wiadomo, że w 2015 roku będziesz bardzo zajęty z Russian Circles. Ale czy jest jakaś szansa na koncerty Sumac, zespołu Aarona Turnera z Isis, w którym grasz na basie?

Mam nadzieję, że trochę pogramy. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że ten projekt wzbudzi aż tak wielkie zainteresowanie. W sumie znalazłem się w tym zespole dość przypadkowo. Parę lat temu pracowałem w studiu z Aaronem nad jego innym projektem Mamiffer. Z niego niewiele wyszło, ale pozostawaliśmy w kontakcie i w końcu pojawił się pomysł na stworzenie nieco cięższej muzyki. Aaron namówił do niego perkusistę Nicka Yacyshyna z Baptists, a kiedy usłyszałem muzykę, jaką napisali, zajawiłem się na to kompletnie. Wtedy postanowiliśmy, że Sumac będzie bardziej pełnoprawnym zespołem niż projektem. Reakcję na muzykę i płytę przyrosły nasze oczekiwania. Ale ustaliliśmy też, że będę grał z nimi koncerty tylko wtedy, jeśli czas mi pozwoli. Jest więc szansa, że Sumac zagra w tym roku w Europie, aczkolwiek niekoniecznie ze mną na basie. Wiem, że Aaron stara się zorganizować tam koncerty. Mam nadzieję, że będę mógł wtedy z nimi zagrać.

Bardzo ci dziękuję za interesującą rozmowę i do zobaczenia we Wrocławiu!

Rozmawiał Lesław Dutkowski.