Maszyny przejmą władzę nad światem. Z Jonathanem Nuñezem, basistą zespołu Torche, rozmawia Lesław Dutkowski.

Clipboard01333

Słońce, gorące plaże, a na nich piękne kobiety w negliżu, zwykle sprawiają, że ma się dobry nastrój. Jeśli takie widoki ma się codziennie za oknem, bo mieszka się w Miami, nic dziwnego, że jest się osobą pozytywnie nastawioną do życia, radosną, chętną do kontaktu z ludźmi. Taką właśnie jest basista fantastycznej grupy Torche, która niebawem po raz pierwszy wystąpi w Polsce, na Asymmetry Festival we Wrocławiu.

Jonathan Nuñez, bo to on jest basistą wspomnianego Torche, to taki facet, z którym rozmowa powoduje, że poprawia się nastrój. Na co dzień haruje we własnym studiu nagrań jako inżynier dźwięku i specjalista od miksowania, po pracy wraz z Rickiem Smithem (perkusja), Steve’em Brooksem (gitara, śpiew) i Andrew Elstnerem (gitara śpiew) tworzy kapitalną muzykę, której ciężko jest się oprzeć. Słychać w niej doom, stoner, sludge, rock progresywny, rock, psychodelię, czasem nawet noise się pojawi. Będący mistrzami w nadawaniu etykietek Amerykanie, wymyślili parę określeń na to, co tworzy powstała w 2004 roku w Miami kapela. Stoner pop, doom pop i thunder rock, to jedne z najciekawszych. Nieważne jak nazwiemy to, co gra Torche. To wspaniała do słuchania muzyka, której fundamenty to stoner, sludge i doom, wzbogacane i przedstawianie na różne sposoby.

„Restarter”, czwarty studyjny materiał Amerykanów, wydany w 2015 roku, to powrót do cięższych klimatów, po bardziej przebojowym „Harmonicraft”. Album promowała gra komputerowa „Torche vs Robots”, wzorowana na starych produkcjach, w której można grać muzykami z zespołu. Porażka oznacza, że roboty przejmują władzę nad Miami. Od tego wątku zaczęła się utrzymana w przemiłej atmosferze rozmowa z Jonathanem.

Na początek muszę ci zakomunikować, że Miami ma przechlapane. Zostałem totalnie pobity w grze „Torche vs Robots”, a grałem tobą. Podejrzewam, że również grałeś. Jak tobie poszło?

JONATHAN NUÑEZ: (śmiech). Owszem grałem, ale w wersję beta, czyli taką nieostateczną. Powiem ci, że poszło mi całkiem przyzwoicie. Ale… Nie wiem, jak mam to opisać, ale trochę dziwnie się czułem grając samym sobą. Było to moje pierwsze tego typu doświadczenie. Coś zupełnie nowego, dla mnie i dla chłopaków z zespołu.

Przyznaję, że „Torche vs Robots” to bardzo fajny sposób promocji płyty „Restarter”. Skąd wziął się pomysł na właśnie taką grę, utrzymaną w stylu pierwszych produkcji, typu „Pacman” czy „Montezuma’s Revenge”?

Trafiłeś w sedno! To miała być gra właśnie w takim stylu, z czasów internetowego i komputerowego średniowiecza. Takie gry były częścią naszego dzieciństwa i dorastania. Graliśmy w nie często. Pomysł wyszedł od wytwórni Relapse. Uznaliśmy, że jest dość szalony, ale fajny. Nigdy wcześniej nie byliśmy animowani w jakikolwiek sposób. Mieliśmy kupę zabawy dzięki tej grze.

Na profile Torche w serwisie Metal Archives jest zdjęcie, na którym wszyscy macie koszulki z napisem „Torche Rules”. Po wielokrotnym przesłuchaniu albumu „Restarter” muszę stwierdzić, że naprawdę rządzicie. Wiem, że w waszym przypadku wiele czynników ma wpływ na muzykę. I pewnie tym razem też było ich sporo, skoro płyta jest tak zróżnicowana. Czy były jakieś szczególnie ważne sytuacje i zdarzenia, które odcisnęły swoje piętno na kompozycjach?

Wielkie dzięki za te słowa (śmiech). Torche jest tego typu zespołem, który poddaje się chwili, interakcji, zależy od tego, co się właśnie wokół nas dzieje. Nawet jeśli mamy wcześniej coś przygotowanego, to i tak musimy usiąść nad tym wspólnie w sali prób i dopracować pomysł. Przed powstawaniem płyty nie ma absolutnie żadnego planu, żadnych wytycznych, wskazówek. Staramy się wyciągnąć jak najwięcej z czasu, który spędzamy razem, grając na próbach. Zależy nam przede wszystkim na podejściu do muzyki ze świeżym umysłem. Nie sugerujemy się niczym. Pozwalamy prowadzić się temu, co się właśnie dzieje. Staramy się zachować maksymalnie dużo spontaniczności.

Czy to znaczy, że spontaniczności starczyło wam na tych 10 piosenek, które są na „Restarter”, czy też napisaliście więcej, bo mieliście mnóstwo pomysłów?

Zostało nam parę piosenek z tej sesji. Najpierw było 13, potem 12, później 11. Aż doszliśmy do wniosku, że najlepszym dla nas rozwiązaniem będzie pozostawienie właśnie tych 10, które znalazły się na albumie. Uznaliśmy, że one najpełniej reprezentują Torche w tym momencie. Stanową konkretną całość, w której jest coś świeżego i nowego, ale jest też to, z czego już jesteśmy znani, czyli typowe elementy naszego stylu. Ta dziesiątka ma pewien charakterystyczny feeling. Nie chcieliśmy go zepsuć dodając kolejny numer.

Jest parę piosenek, które przykuły moją uwagę przy pierwszym przesłuchaniu. Na pewno „Annihilation Affair” ze względu na tę hałaśliwą końcówkę, „Loose Men”, bo to idealny rockowy hit do radia i przede wszystkim kompozycja tytułowa. Jest jak skrzyżowanie Hawkwind, Monster Magnet, Kyuss plus deczko psychodelii. Słuchając, miałem wrażenie, że zarejestrowaliście jam session, bo taki feeling ma ten kawałek. Zgodziłbyś się ze mną? I czy faktycznie jest tu coś z autentycznej improwizacji, którą nagraliście?

Z całą pewnością idealne oddałeś naturę tej kompozycji. Absolutnie zgadzam się z punktami odniesienia w twoim pytaniu. Faktycznie, taka muzyka jest w „Restarter”. Zaczątkiem numeru był pomysł, który miał Andrew. Potem pracowaliśmy nad tym wspólnie i dodaliśmy między innymi te powtarzające się w kółko akordy, jakby zapętlone. Efekt końcowy jest w charakterze taki jaki opisałeś. Od siebie powiedziałbym, że jest w tym też echo klimatu krautrockowego.

Zawsze podkreślasz wywiadach, że Torche chce mieć pewne stałe elementy w muzyce, chce się też rozwijać, ale jednocześnie są pewne granice tego rozwoju. Myślałeś o tym, co będzie, jeśli dojdziecie do ściany nie będzie już z czego czerpać?

Nie. Bo jestem zdania, że każdy z muzyków powinien dążyć do tego, aby mieć, jeśli nie swój własny język, to przynajmniej tożsamość. Powinien być rozpoznawany przez to, co robi. Torche istnieje już prawie 11 lat. Niemal w niezmienionym składzie. Przez ten czas wypracowaliśmy pewien styl, poruszamy się też w obrębie określonego brzmienia. Jesteśmy jednakowoż bardzo otwartymi osobami na czerpanie z różnych źródeł. Wciąż umiemy zaskakiwać. Na każdej płycie możesz usłyszeć, że gramy przeróżne rzeczy. Tak, trzymanie się pewnego stylu oznacza, że na albumach Torche coś będzie się powtarzać. Ale na każdej płycie słuchacz będzie również mógł znaleźć coś ciekawego, zaskakującego.

W 2015 roku minie 10 lat odkąd Torche wydało debiutancką płytę. Jak się zmieniłeś przez te lata jako muzyk, kompozytor, producent i inżynier dźwięku?

Znacznie. Z całą pewnością stałem się mądrzejszy, bo nauczyłem się wielu nowych rzeczy. Z wielu rzeczy również wyrosłem. Mnie, a także chłopaków z zespołu, bardzo zmieniło jeżdżenie w trasy. Doświadczenie obcowania z ludźmi z innych krajów i kultur, otwiera umysły, uczy czegoś. Może nie od razu i niekoniecznie świadomie. Ale po jakimś czasie spontanicznie coś innego wkrada się do tego, co robisz. Jeśli chodzi o mnie, zawsze staram się być maksymalnie otwarty na to, co się dzieje wokół mnie. Próbuję patrzeć na rzeczy, wydarzenia pod różnymi kątami. A potem musi pojawić się instynkt, który podpowie mi, co powinienem zrobić. I wydaje mi się, że pojawia się i daje dobre podpowiedzi. Najlepszą nagrodą jest oczywiście to, że ludziom podoba się to, co tworzymy.

Torche należy do zespołów grających dość sporo koncertów, także poza USA. Czy czegoś nauczyły cię podróże do innych kręgów kulturowych niż amerykański?

Na pewno. Działo się tak za każdym razem, gdy jechaliśmy na tournée. Kiedy pierwszy raz pojawiliśmy się w Europie, Japonii, Australii… Mnie osobiście wiele dała pierwsza trasa po Europie w 2005 roku. Otworzyły mi się wtedy oczy na pewne sprawy. W stopniu, w jakim absolutnie bym się tego nie spodziewał. Nie wszystko, co widziałem było pozytywnym zaskoczeniem, ale wszystko było częścią mojego procesu uczenia się i poznawania. Dzięki temu moje spektrum interpretacji zjawisk i ludzi znacznie się poszerzyło. Bardzo się cieszę, że tak się stało, że mogłem czegoś takiego doświadczyć.

„Restarter” to wasza pierwsza płyta dla renomowanej wytwórni Relapse. Czy mając takiego partnera biznesowego pracowało wam się lepiej? Otworzyło to przed wami jakieś nowe możliwości?

Moim zdaniem, my i Relapse to doskonałe połączenie. Ciężko byłoby mi sobie wyobrazić lepszą wytwórnię dla Torche. Wspaniale się z nimi pracuje. Są fanatykami muzyki. Zwracają uwagę na mnóstwo rzeczy. Jestem bardzo szczęśliwy, że możemy pracować razem. Myślę, że wzajemnie obserwowaliśmy się od lat. My patrzyliśmy, jak wspaniale rozwija się ich katalog, oni słuchali naszych płyt. Obserwując to, jak pracują z innymi zespołami, mocno wierzymy, że dzięki nim możemy zajść jeszcze dalej.

Wiem, że „Restarter” nie jest płytą koncepcyjną, ale jednym z przewijających się tematów jest upadek ludzkości i przejęcie władzy nad światem przez maszyny. Takie zagrożenie pojawiło się chociażby w serii „Matrix” i niejednej powieści science fiction. Ty z nowoczesną technologią masz do czynienia na co dzień, jako inżynier dźwięku. Czy wierzysz to, obawiasz się tego, że pewnego dnia maszyny przejmą władzę nad światem?

„Terminatora” też bym tu dodał (śmiech). I właśnie w coś takiego, co stało się w tym filmie jestem w stanie uwierzyć. Przyjdzie kiedyś taki moment, że maszyny będą rządzić, a my nie będziemy w stanie nic zrobić. Będziemy użyteczni, ale tylko do pewnego momentu (śmiech). Nie ukrywam, że jest to dla mnie interesująca kwestia i czasem o tym myślę. Z drugiej strony, jestem bardzo dumny i szczęśliwy z tego, że mogę obcować codziennie z tak zaawansowaną technologią, korzystać z niej dla muzyki. Tak, „Restarter” nie jest płytą koncepcyjną, ale myślenie o możliwości zawładnięcia światem przez maszyny przewija się przez nią. Mieliśmy w sumie kilkanaście tematów, które braliśmy pod uwagę. Ten był jednym z nich. Okładka w pewnym stopniu oddaje go.

 Ciągnąc ten wątek, według ciebie, jakie są plusy i minusy współczesnej technologii?

Generalnie uważam, że wspaniałą rzeczą jest to, że niemal na całym świecie ludzie mogą korzystać z nowoczesnych technologii. Dzięki nim wiele rzeczy staje się prostszych. Wiele z nich w ogóle dziś da się wykonać dzięki technologii, a 10 lat temu nie było to możliwe. W pewien sposób ludzie częściej nawiązują ze sobą kontakt. Z drugiej strony, technologia buduje między ludźmi większy dystans. Daje też o wiele więcej tak zwanych rozpraszaczy. Wywołe też u ludzi takie poczucie, że ciągle potrzebne jest coś stymulującego.

Jak wspomniałem, jesteś inżynierem dźwięku, do tego aktywnym muzykiem. Cały czas jesteś otoczony dźwiękami. Do tego twoja praca wymaga dużego skupienia. Jesteś też człowiekiem, więc naturalną rzeczą jest, że przychodzą chwile, iż jesteś totalnie zmęczony i masz wszystkiego dość. Co wtedy robisz? Wyjeżdżasz? Idziesz surfować? Opalać się?

Niestety, zaliczam się do fanatyków mojej pracy, więc w ogóle się od niej nie dystansuję (śmiech). Poza tym, mam okazję niemal każdego dnia robić coś innego, interesującego. Pracuję z różnymi wykonawcami. Muszę starać się wykonywać swoje zadania mając na uwadze to, że kiedyś ktoś będzie chciał tego słuchać na jakimś nośniku. To jest wyzwanie. Codzienne wyzwanie.

Żyjesz przede wszystkim z miksowania. W Ameryce jest wiele świetnie wyposażonych studiów nagraniowych, a poza tym wiele osób zajmuje się obrabianiem dźwięku w swoich domach, na własną rękę, przy pomocy specjalistycznych programów komputerowych. Ciężko jest ci znaleźć zlecenia, czy też nie masz z tym problemów i twoje studio jest zabookowane na wiele tygodni, miesięcy do przodu?

Niemal cały czas mam jakichś klientów. Nie mogę narzekać. Trudno byłoby mi sobie przypomnieć taki czas, kiedy nie miałem kompletnie nic do roboty. Czasami mój kalendarz jest wypełniony szczelnie do ostatniej linijki, innym razem klientów jest nieco mniej. Ale cały czas mam pracę. Jeśli mam wybierać, wolę harować jak wół od rana do nocy niż się nudzić.

Mieszkasz w Miami. To miasto jest niezwykle popularne wśród twórców filmowych i telewizyjnych. „Dexter”, „Miami Vice”, „Tożsamość szpiega”, „CSI; Miami”, „Nip & Tuck”, „Magic City”, wszystkie te seriale i filmy nakręcono właśnie w twoim mieście. A wymieniłem ledwie kilka tytułów z bardzo, bardzo wielu. Co jest takiego szczególnego w tym miejscu, że akcje tak wielu produkcji osadzone są właśnie w Miami?

Jest tu mnóstwo przeróżnych i pięknych krajobrazów, na które patrzenie nigdy się nie nudzi. Filmowcy uwielbiają je uwieczniać. Generalnie całe miasto jest wyjątkowe. Choćby z kulturalnego punktu widzenia. Przez wiele miesięcy w roku jest piękna pogoda. Naprawdę, możesz poczuć się tu jak w raju. Jest też sporo możliwości realizowania się, nie tylko dla muzyków, choć to także.

Czy to wciąż ulubione miejsce amerykańskich emerytów?

O tak! Kiedyś przyjeżdżało ich tu mnóstwo. Teraz też jest sporo. Klimat jest ciepły, więc mogą sobie siedzieć na słońcu albo uprawiać warzywa w ogródku.

Lata temu Miami, Tampa i generalnie Floryda, były niczym ziemia obiecana dla fanów ekstremalnego metalu. Jak wygląda scena w twoim mieście obecnie? Jest jakiś gatunek, który jest szczególnie popularny?

Bardzo dużo jest w Miami muzyki elektronicznej, klubowej. Ludzie wciąż słuchają też metalu, a także rocka. Powstaje wiele miejsc do grania, w tym tych naprawdę dużych, w których można pokazywać wielkie produkcje za ciężkie pieniądze. Gdybyś pobył tu przez kilka tygodni i połaził po klubach, byłbyś zachwycony i podekscytowany.

Sporo produkcji filmowych, które wymieniłem, to kryminały. Jak wygląda kwestia przestępczości w Miami?

Nie mam dokładnych danych, ale wydaje mi się, że Miami ma wskaźnik przestępczości podobny do tego, jaki ma każde miasto tych rozmiarów. Są pewne dzielnice, o których wiadomo, że nie powinno się do nich chodzić po zmroku. Gdzie indziej zwykle będziesz się wspaniale bawił bez żadnych problemów. Ale tak naprawdę nigdy nie wiesz, co i gdzie może cię spotkać. To się tyczy każdego miejsca na ziemi. Żyjemy w szalonym świecie (śmiech).

Koncert Torche na Asymmetry Festival będzie waszym pierwszym występem w Polsce. Na zakończenie prosiłbym cię, abyś zaprosił na niego uczestników festiwalu. Oczywiście bardzo ci dziękuję za rozmowę i do zobaczenia we Wrocławiu.

 

Tak, to będzie nasz pierwszy koncert w Polsce i jesteśmy tym faktem bardzo podekscytowani. Mamy nadzieję zdobyć nowych przyjaciół. I dobrze się z nimi bawić. Do zobaczenia!

 

Rozmawiał: Lesław Dutkowski

 http://asymmetryfestival.pl/pl/sklep/

http://www.torchemusic.com/

http://torche.bandcamp.com/