Christian Fennesz: Wiedeń jest czasami niczym wredna dziwka

fennesz

Kolekcjonuje hałasy, uwielbia Japonię, uwielbia też nowoczesny software do tworzenia i produkowania muzyki, rzadko kiedy ma on przed nim jakieś tajemnice. Christian Fennesz kocha również Wiedeń, w którym mieszka i któremu poświęcił wydaną w 2014 roku płytę. Ma też szczególne więzi z naszymi bratankami Węgrami.Austriak jest dziś w ścisłej światowej czołówce twórców muzyki elektronicznej. Zachowując wszelkie proporcje, jest Fennesz odpowiednikiem Mike’a Pattona w tej sferze muzycznej. Wciąż szuka czegoś nowego, nie boi się eksperymentów, uwielbia kolaboracje. Notabene z rzeczonym Pattonem także współpracował i koncertował z nim, również w Polsce, co miło wspomina. Ze względów… kulinarnych. Chyba najsłynniejsze były jednak albumy, które Fennesz nagrał z genialnym japońskim artystą Ryuichim Sakamoto. Oraz materiał solowy „Endless Summer”, którym Austriak wszedł do ligi mistrzów twórców elektronicznych.

W 2014 roku Christian uraczył nas dwiema płytami. „Becs” oraz „Mahler Remixed”. Tytuł pierwszej po węgiersku oznacza Wiedeń i temu miastu materiał jest poświęcony. Druga pozycja to spojrzenie na symfonie Gustawa Mahlera oczami remiksera. Dzięki temu projektowi Fennesz dostąpił zaszczytu dostępnego nielicznym artystom, wystąpił w słynnej, nowojorskiej Carnegie Hall. Na początku maja po raz kolejny zawita do Polski, którą od lat ma w życzliwej pamięci. Austriak będzie jedną z gwiazd Asymmetry Festivalu. Rozmowa z Christianem dotyczyła między innymi związków austriacko-węgierskich, płyty „Becs”, nowych technologii oraz przyszłości płyty CD.

„Becs” to węgierska nazwa Wiednia, miasta, w którym mieszkasz. Twoje nazwisko ma węgierską pisownię, wiem też, że masz węgierskie korzenie, podobnie twoja żona. Czy czujesz jakąś szczególną więź z Węgrami, masz z nimi dziś jakiś związek, że postanowiłeś umieścić na okładce płyty węgierski odpowiednik stolicy Austrii?

CHRISTIAN FENNESZ: Jak najbardziej. Wiesz, urodziłem się we wschodniej części Austrii, tuż obok granicy z Węgrami. Nie ma tam żadnych gór, tylko same niziny. Ten obszar aż do 1921 roku należał do Węgier. Potem stał się częścią Austrii. Od zawsze miałem jakieś powiązania rodzinne z tym krajem. Wciąż mam w nim krewnych. Niestety, nie mówię po węgiersku. W czasach, w których chodziłem do szkoły, nauka węgierskiego nie była dobrze widziana, bo istniała jeszcze żelazna kurtyna i wszyscy myśleli, że nasz sąsiad na wieki pozostanie państwem komunistycznym. Ale Węgrzy z tego obszaru uczyli się niemieckiego. To wstyd, że poszliśmy w taką stronę, a nie uczyliśmy się węgierskiego. Pomimo tego mam dość silne związki z Węgrami, poza tym moja teściowa jest Węgierką.

Kiedyś powiedziałeś, że twoja muzyka jest przede wszystkim oparta na emocjach. Pamiętasz, jakie towarzyszyły ci podczas pracy nad płytą „Becs”?

Oj, to trudne pytanie (śmiech). Nie wiem, czy mówiłbym tu o uczuciach, które oczywiście zawsze są obecne w mojej muzyce. Raczej postawiłbym na pamięć, na wspomnienia niż uczucia. Starałem się zawrzeć na płycie moją wizję i mój pogląd na współczesny Wiedeń. A ten współczesny Wiedeń jest czasami niczym wredna dziwka (śmiech). Z drugiej strony, uwielbiam to miejsce. Można powiedzieć, że nasza relacja oparta jest na miłości i nienawiści. Przez jakiś czas mieszkałem poza Austrią, w Paryżu. Lecz kilka lat temu powróciłem do Wiednia. Fajnie było być za granicą, ale fajnie było także powrócić do Austrii. Cały czas dostrzegam w Wiedniu pewną prowincjonalność, widzę także jego królewski charakter.

Jak dziś postrzegasz Wiedeń w porównaniu z miastem, które znałeś, powiedzmy, 20 lat temu? Czy zmiany były na lepsze? To dobre miasto do życia?

Zdecydowanie takim jest! Mówię to z całą odpowiedzialnością. Piętnaście lat temu Wiedeń był zupełnie inny. Od tamtego czasu dokonało się wiele zmian. Miasto wygląda o wiele, wiele lepiej, ludzie są dla siebie milsi. Wiedeń nabrał bardziej międzynarodowego charakteru. Odnoszę wrażenie, że przyłączenie do Unii Europejskiej zdecydowanie wyszło miastu na dobre. Nawet jeśli ludzie narzekają, że to nie był najlepszy pomysł, ja uważam, że był to dobre postawiony krok naprzód. Mam na myśli nie tylko przenikanie się kultur, ale też to, że jest dużo więcej turystów. Odnoszę wrażenie, że Wiedeń nigdy nie był tak bogaty jak obecnie, a na pewno nie 15, 20 lat temu. Kiedy przyjechałem do Wiednia ponad 30 lat temu, sądzę, że nie różnił się zbytnio pod względem wizualnym od tego, jak wyglądały na przykład duże miasta w Polsce.

Odważne stwierdzenie. Dużo podróżujesz po świecie. Oprócz Wiednia masz też mieszkanie w Paryżu. Zastanawia mnie, czy są jeszcze miejsca, miasta, regiony, które zrobiły na tobie tak wielkie wrażenie, że rozważałeś lub rozważasz skomponowanie muzyki z nimi związanej?

O tak! Są takie miejsca. Rokrocznie, od mniej więcej 1997 roku, latam do Japonii. Uwielbiam ten kraj. Przez lata zawarłem wiele przyjaźni z ludźmi z Japonii. Oczywiście, mam również udaną karierę, lecz tam po prostu zawsze jest mi niezwykle miło być. Kocham Japonię, japońską kulturę, japońskie jedzenie, ludzi. Bardzo często jeżdżę również do Włoch. Lubię tam być, świetnie się tam czuję. Oprócz tych dwóch państw jest sporo innych miejsc, w których bardzo lubię przebywać. Kiedy ostatnim razem byłem w Warszawie, aby zagrać koncert, nie spodziewałem się wiele, ale spędziłem wspaniałe chwile. Miejsce było świetne, ludzie niezwykle mili. Czułem, że oni naprawdę bardzo się cieszyli z tego, że przyjechałem i wystąpiłem dla nich.

Z tego, co wiem, kiedy nagrywasz płytę solową wszystko masz dokładnie zaplanowane i przemyślane. Długo musiałeś przygotowywać się do nagrania „Becs”? Czy fakt, że to twoja pierwsza płyta solowa od sześciu lat spowodował dodatkową presję, czy raczej była to ekscytacja?

Teraz, kiedy jestem doświadczonym artystą z karierą trwającą dość sporo czasu, mogę powiedzieć, że zwykle jest to dodatkowa porcja presji. Parę lat temu nagrałem czteroutworową EP-kę „Seven Stars”. Oczywiście, to nie to samo, co duża płyta, ale też materiał solowy, nad którym praca powoduje pewną presję. W końcu jest to jakieś artystyczne oświadczenie z mojej strony. Moje przygotowania do nagrania albumu za bardzo się od siebie nie różnią. Coś tam sobie pogrywam, zbieram pomysły. Zwykle przez wiele miesięcy nic z tego nie wychodzi. Dlatego odstawiam wszystko na bok na pewien czas i zajmuję się czymś innym, na przykład muzyką filmową albo albumem we współpracy z kimś. Potem wracam do tych kompozycji i zabieram je na wyższy etap, na którym przerabiam je i staram się nadać jakiś kształt. Zabiera mi to sporo czasu, nie będę ukrywał. Pod koniec, przez kilka ostatnich tygodni, po tym, jak grzebałem w tej muzyce przez rok, dwa, a może nawet trzy lata, wszystko zapinam na ostatni guzik.

Na „Becs” wykorzystałeś gitarę basową, perkusję. Skąd pomysł na to bardziej organiczne podejście do albumu właśnie teraz? Było coś, co wpłynęło na twoją decyzję o wykorzystaniu basu i bębnów?

Nie potrafię precyzyjnie odpowiedzieć, dlaczego tak się stało. Po prostu się stało. W czasie, kiedy przygotowywałem płytę, wypadł mi koncert z Tonym Buckiem na jednym festiwalu w Austrii, w Nickelsdorf, tuż nad granicą węgierską. Był na imprezie przez kilka dni, więc zaproponowałem mu: „Wpadnij ze mną jutro do studia to coś pogramy”. Miałem już nagrany numer „Liminality” i puściłem go Tony’emu, on dograł swoje bębny i wyszło świetnie. Miałem już gotowy także inny numer, „Static Kings”. Jego zaprezentowałem Martinowi Brandlmayrowi i Wernerowi Dafeldeckerowi, moim starym przyjaciołom. Dograli swoje partie, bardzo mi się to spodobało, więc pomyślałem: „Dlaczego tego nie zachować i nie wydać? Dlaczego nie mieć na płycie prawdziwej muzyki, oprócz tej stworzonej na komputerze?”. Miałem silne wrażenie, że powinienem był coś takiego zrobić.

Bardzo dobrze zrobiłeś, bo dzięki temu muzyka jest barwniejsza, a przez to ciekawsza.

Zgadzam się. Powiedziałbym, że „Becs” to taka płyta pomiędzy. Nie ma tu wyłącznie muzyki z komputera, nie ma też wyłącznie muzyki na prawdziwych instrumentach. Są gitara, gitara basowa, perkusja plus komputer i wszystko świetnie pasuje.

W przeszłości nagrywałeś też piosenki z wokalami, mam na myśli choćby piękną „Transit” z „Venice”, w której kapitalnie śpiewa David Sylvian. Wiem, że nagrałeś z nim więcej numerów. Podejrzewam, że są warte posłuchania. Zamierzasz kiedyś to wydać albo coś jeszcze nagrać z Davidem? Generalnie, lubisz swoją muzykę z wokalem?

Oczywiście, lubię. I oczywiście po raz drugi, mam nadzieję nagrać kiedyś pełny album z Davidem Sylvianem. Niestety, do tej pory jakoś nie udało nam się znaleźć na to czasu, ale rozmawiamy o wspólnym albumie z przerwami od mniej więcej dziesięciu lat. O tym, żeby się spotkać, usiąść i napisać wspólnie kilkanaście piosenek. I wierzę, że to się kiedyś stanie. Uwielbiam pracować z Davidem. Dla mnie jest on w pierwszej dziesiątce wokalistów wszech czasów. Jego zmysłowość, gdy śpiewa, jego piosenki, to po prostu coś pięknego i doskonałego. Znamy się już tyle lat, a nagraliśmy raptem kilka piosenek. Na szczęście jesteśmy w stałym kontakcie. David jest moim bliskim przyjacielem. Moja rada, bądź cierpliwy (śmiech).

Zawsze podkreślasz, że hałas to dla ciebie coś pięknego. Coś, czego używasz jako kurtyny, za którą coś chowasz, aby słuchacz mógł to odkryć lub nie. Kolekcjonujesz hałasy? Czy kiedy podróżujesz po różnych miejscach, słyszysz hałas, który ci się podoba, starasz się go od razu zarejestrować?

 Tak robię. Ale tylko za pomocą iPhone’a. Fascynują mnie dźwięki. Jeśli słyszę coś interesującego, od razu włączam nagrywanie.

Wielokrotnie występowałeś w Polsce. Może pamiętasz jakiś dźwięk, hałas z mojego kraju, który utkwił ci w pamięci, a być może nawet chciałbyś go wykorzystać?

Czy ja wiem… Wybacz, zapomniałem nazwy miejsca, w którym to się zdarzyło, ale występowałem na niedużym festiwalu w małym miasteczku w Polsce (chodziło o występ na Ambient Festivalu w Gorlicach – red.). Dużo pod względem dźwięków działo się wokół miejsca imprezy. Słychać było kościelne dzwony, szczekające psy. To było fajne i bardzo miłe. Dobrze się tam czułem i miło spędziłem czas. Powinienem to mieć nagrane i być może kiedyś wykorzystam.

Jesteś znany z licznych kolaboracji, choćby ze wspomnianym już Davidem Sylvianem, Sparklehorse, Ryuichim Sakamoto, Mike’em Pattonem. Ponieważ za niedługo w Polsce zagra Faith No More, chciałem cię zapytać o to, jak ci się współpracowało z Pattonem? Nauczyłeś się czegoś od niego? Z tego, co czytałem, wszystkie wasze koncerty były całkowicie improwizowane. Może zyskałeś nowe spojrzenie na improwizację?

Improwizowałem już dość sporo podczas solowych koncertów, a także współpracowałem z artystami, którzy często korzystali z improwizacji. Nawet jeśli moje płyty wydają się poukładane, nierzadko powstają w jakiejś części właśnie w spontaniczny sposób. Kiedy decyduję się na kolaborację z kimś, jestem całkowicie otwarty na wszystko. Także na zrobienie czegoś zupełnie nowego. To można porównać do tego, że ktoś daje ci niezapisaną kartkę i każe na niej coś napisać. Mike jest właśnie taką osobą. We współpracy jest po prostu fantastyczny. Ma w sobie taką niewyobrażalnie wielką, magnetyczną energię, która powoduje, że chcesz za nim pójść. Zabawne przed naszym koncertem w Polsce było to, że mieliśmy zaplanowaną próbę. A Mike mówi: „Nie, nie robimy żadnej próby. Próbę zrobimy sobie na żywo, przed ludźmi. Zamiast tego poszukamy jakiejś fajnej restauracji i porządnie zjemy” (śmiech). I poszliśmy jeść. Później faktycznie ustawiliśmy się, gdy ludzie już byli w klubie. Wyszło kapitalnie.

Mike jest znany z tego, że lubi dobrze zjeść i zna się na kuchni.

No właśnie o to chodzi. Facet podróżuje po świecie i nie rozstaje się z przewodnikiem Michelina (śmiech). Co chwila rezerwuje stoliki w jakichś porządnych restauracjach. Tak wyglądały nasze próby podczas wspólnej trasy. Były obiadami w dobrych restauracjach. Jedliśmy naprawdę świetnie. Chyba połowa pieniędzy za koncerty poszła na jedzenie (śmiech). Bardzo mi się to podobało.

Wiem, że uczyłeś się muzyki w szkole i pewnie trochę ci to pomogło później w komponowaniu. Jednakże w twojej muzyce równie, jeśli nie bardziej, ważna jest technologia. Starasz się śledzić nowinki techniczne? Jesteś na bieżąco z tym, co właśnie jest na topie, czy też preferujesz stare, vintage’owe urządzenia?

Lubię łączyć świat nowoczesny z tradycyjnym. Staram się być na bieżąco z tym, co jest nowe. Jednocześnie trzymam w domu stare gitary, stare efekty gitarowe, wzmacniacze. Mam też stare konsole do miksowania. Z drugiej strony, ogromnie interesuje mnie nowe oprogramowanie do tworzenia i produkowania muzyki. My sobie rozmawiamy, a na komputerze mam ustawione ściąganie próbnych wersji trzech nowych programów. Być może okażą się pomocne. Staram się ten nowoczesny software wplatać w proces powstawania muzyki. Jest to niekończący się proces uczenia, który bardzo mi się podoba i daje mi wiele radości. Czasami jest tak, że ukazuje się jakiś program, lecz nie ma w nim dla mnie niczego interesującego, bo możliwości, które ma, dało mi wcześniej inne oprogramowanie. Jednakże raz na jakiś czas ukazuje się coś naprawdę świetnego. A kiedy tak się dzieje, zawsze chcę być jednym z pierwszych, który taki software wypróbuje.

Przerzucanie mostu przez obydwa światy, ten nowoczesny i tradycyjny, jest dla mnie fascynującym procesem. Wciąż nie mam nic przeciwko temu, aby zarejestrować coś zagranego na gitarze akustycznej, obstawionej przez vintage’owe mikrofony, podłączonej do starego wzmacniacza. Lecz chcę mieć w każdej chwili pod ręką coś nowoczesnego, dopiero co powstałego. Na przykład, ostatnimi czasy przy tworzeniu muzyki sporo korzystam z aplikacji na iPada. Zaprojektował ją mój przyjaciel z Bostonu i jest po prostu niesamowita. Lubię być na bieżąco.

Chyba jedna z ostatnich płyt Björk została nagrana przy użyciu iPada…

Tak, wiem o tym. Ale zbadałem sprawę dokładniej i iPad został tam wykorzystany tylko do pewnych części całego procesu, nie posłużył do stworzenia płyty w całości. Poznałem te aplikacje dość szczegółowo. Niektóre są naprawdę interesujące. Podkreślam, niektóre, bo na pewno nie wszystkie.

Przygotowując się do rozmowy z tobą, słuchałem nie tylko „Becs”. Także wspaniałego, udostępnionego za darmo, wydawnictwa „Mahler Remixed”. Wykonałeś na żywo te kompozycje tylko trzy razy, a jeden z koncertów odbył się w słynnej Carnegie Hall. Jak się czułeś występując w miejscu, które raczej kojarzone jest z muzyką klasyczną, a nie z taką jaką tworzysz?

To było wspaniałe doświadczenie. Był to dla mnie ogromny zaszczyt. Czułem się jak ktoś wyjątkowo uprzywilejowany. Pojechałem do Nowego Jorku z żoną, menedżerem i Lillevanem, który odpowiadał za wizualizacje. I wszyscy czuliśmy, że doświadczamy czegoś absolutnie szczególnego, dostępnego dla niewielu. Mieliśmy pełną salę, a wszyscy ludzie pracujący w Carnegie Hall byli dla nas przemili i zawsze gotowi do pomocy. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego koncertu.

Podejrzewam, że muzyka Gustawa Mahlera była wielokrotnie grana w Carnegie Hall. Dlaczego wybrałeś do remiksów akurat jego utwory?

To jest dość długa opowieść. Postaram się ją odpowiednio skrócić, nie pomijając najważniejszych faktów. Z pomysłem na remiksy muzyki Mahlera nosiłem się od jakichś 12 lat. Kiedyś zaproponowano mi zremiksowanie jego utworów. Propozycja przyszła z Austrian Cultural Forum w Nowym Jorku. Przyjąłem ją. Ta sama osoba, która złożyła mi tę propozycję i była dyrektorem Austrian Cultural Forum, stanęła potem na czele jednej z instytucji kulturalnych w Wiedniu. Ponieważ zrobiłem na niej dobre wrażenie i polubiła mnie, wystąpiła z kolejną ofertą. Zdarzyło się to bodajże w roku 2011. Zlecenie ponownie dotyczyło muzyki Mahlera, tylko miałem ją zaprezentować w nieco innej wersji niż wcześniej. Podjąłem się tego, razem z Lillevanem, który opracował stosowne wizualizacje. To przedsięwzięcie okazało się tak wielkim sukcesem, że zdecydowaliśmy się je zarejestrować. Tu muszę zrobić mały update do twojego pytania, bo wkrótce wykonam remiksy Mahlera po raz czwarty, tym razem w operze w Leeds. Plus jeszcze jeden update, nagrania ukażą się w tym roku na winylu. Początkowo zamieściliśmy je do odsłuchu na Bandcampie, ale po tym, jak projekt okazał się wielkim sukcesem, postanowiliśmy, że wydamy to na analogu.

Skoro już wspomniałeś o winylu. Od paru lat obserwujemy renesans płyty winylowej. W formie zarówno longplayów, jak i EP-ek, singli. Lubisz swoją muzykę na nośniku analogowym? W wolnym czasie słuchasz muzyki z winyli?

Przyznam szczerze, że bardzo lubię winyle. Zupełnie przestałem słuchać muzyki z CD. Wciąż zdarza mi się odtwarzać muzykę w formie plików cyfrowych na komputerze. One dają ci jakąś podstawową informację o muzyce, zaś winyl daje ci jej esencję. Powiedziałbym, że muzyka z winyla jest bardziej sexy. Z kompaktami zawsze miałem problemy. Płyty mi wypadały, rysowały się, wydania jewel case i digipack często szybko się niszczyły. Sądzę, że w niedalekiej przyszłości płyty CD znikną zupełnie.

Naprawdę tak uważasz?!

Owszem. Daję kompaktom góra cztery lata, nie więcej.

Producenci CD nie będą zachwyceni twoją przepowiednią, a na pewno się z nią nie zgodzą.

Wiem. Ale z drugiej strony, podobne przepowiednie padały pod adresem winyli, nośnik zniknął niemal zupełnie, a zobacz, co się z nim dzieje obecnie. Moja córka ma 18 lat i w ogóle nie słucha kompaktów. Słucha tylko plików i winyli. Podobnie jej rówieśnicy. Chodzi do szkoły muzycznej, a tam każdy stara się być na bieżąco z tym, co się dzieje. Plus oczywiście wyróżnić się. Wiesz, żeby być cool, kupują winyle. Owszem, moja córka wyrosła niemalże w moim studiu, otoczona dźwiękami, ale do niczego jej nie nakłaniałem. Myślę, że takie podejście osoby z tej generacji do sposobu słuchania muzyki, coś ważnego nam mówi.

Myślenie retro jest dziś bardzo modne w tej grupie wiekowej. Dla nas winyl ma znaczenie nostalgiczne, sentymentalne, dla nich jest czymś, co poznają dopiero teraz. Małe wytwórnie zarządzane przez przedsiębiorcze osoby, do tego znające się na muzyce, dobrze wychodzą na tym trendzie. Inna sprawa, że produkują płyty naprawdę wysokiej jakości.

Wiem, że zawsze masz coś w planach. Możesz zdradzić, czego możemy się spodziewać od ciebie w najbliższych miesiącach?

Właśnie skończyłem pracować nad wspólnym projektem z dubowym wykonawcą z Londynu. Nie jestem pewny, czy wolno mi cokolwiek o tym mówić, więc może tu się zatrzymam (śmiech). Powiem tylko tyle, że niebawem wyda to wytwórnia Ninja Tune. Fantastyczna sprawa, zapewniam. Pracuję też nad muzyką orkiestrową dla orkiestry symfonicznej austriackiego radia. Ma to zostać wykonane w październiku przyszłego roku. Jest to ogromne wyzwanie. Rozmawiałem o stworzeniu czegoś takiego od lat, ale dopiero teraz zaczyna się to materializować. Pracowałem też z austriackim kompozytorem Paulem Haslingerem, który pracuje w Hollywood, a kiedyś współpracował z Tangerine Dream. Paul przyjechał do mojego studia w Wiedniu, ponagrywaliśmy trochę i jestem naprawdę zachwycony efektami. Ta muzyka również zostanie wydana, tylko nie wiem jeszcze, kiedy to nastąpi. Mam nadzieję, że w 2015 roku. W listopadzie 2014 roku spędziłem miesiąc w Tokio. Grałem tam koncerty, wystąpiłem na jednym festiwalu, ale też spędziłem trochę czasu w studiu i dokonałem nagrań. Jestem bardzo zadowolony z tej sesji. Chcę to wydać. Aczkolwiek trzeba nad tym jeszcze dość sporo popracować. Zobaczymy, jaki będzie efekt.

Bardzo ci dziękuję za rozmowę i do zobaczenia we Wrocławiu.

Rozmawiał Lesław Dutkowski